wtorek, 14 sierpnia 2012

Treblinka. Nie od razu taśmę śmierci zbudowano

Źródło: onet.pl
Spośród niemieckich obozów śmierci to ten był do pewnego momentu najbardziej morderczym. Jego historia pokazuje, że sprawcy wielkiej zbrodni nie potrzebują wiele czasu i miejsca. A ślady można zatrzeć – nawet po 900 tysiącach ofiar. Świadectw z Treblinki jest niewiele – ocalało trzydzieści parę osób. To ci, których załoga SS uznała za przydatnych do pracy, więc nie posłano ich na śmierć zaraz po przybyciu. Wielu z nich miało uciec podczas buntu w sierpniu 1943 r.Richard Glazar (pracował przy sortowaniu dóbr po pomordowanych): "Wiedziałem to już po trzech pierwszych godzinach w Treblince: nikt nigdy nie miał złożyć świadectwa".
Jankiel Wiernik – cieśla, który uczestniczył w rozbudowie obozu, w tym nowych komór gazowych: "Nauczyłem się patrzeć na każdego żyjącego jako na trupa w najbliższej przyszłości. Taksowałem go wzrokiem, myślałem o jego ciężarze. Kto go do grobu zaniesie i ile przy tym batów dostanie".
"Treblinka – nikt z nas nie znał tej nazwy, nikt jej wcześniej nie słyszał. Widziałem pociąg na torze obok – jechał pełen, 18-20 wagonów wypełnionych ludźmi, a za jakąś godzinę wracał, ale już pusty. Tego dnia widziałem jeszcze wiele takich pociągów. Nasz był ostatni" – wspominał przybycie do obozu Abraham Bomba, fryzjer z Częstochowy. Wkrótce miał pracować przy strzyżeniu kobiet, tuż przed ich zagazowaniem.
Jest też świadectwo oprawcy. Franz Suchomel, podoficer SS z załogi obozu (odsiedział po wojnie ledwie sześć lat): "W ciągu dwóch godzin można było skończyć z trzema tysiącami osób. Auschwitz to była fabryka. Bełżec – laboratorium. A Treblinka była taśmą śmierci – prymitywną, ale skuteczną".
Tę "taśmę śmierci" zbudowano metodą prób i błędów. Niemcy uczyli się, wyciągali wnioski i byli skuteczni. Aż do zagłady węgierskich Żydów w Auschwitz (wiosna 1944 r.) to Treblinka miała nosić miano najbardziej morderczego spośród wszystkich nazistowskich obozów.

Krajobraz przed zagładą
Latem 1941 r. w Treblince, nieopodal linii kolejowej Siedlce-Małkinia, działał tylko karny obóz pracy. Nie istniał jeszcze żaden z obozów śmierci – w Auschwitz jeszcze jesienią zamierzano co najwyżej przetrzymywać i katować radzieckich jeńców wojennych. Hitlerowcy na podbijanych terenach oczywiście prześladowali i zabijali Żydów, ale nie na skalę masową. Dopiero kiedy Hitler napadł na Związek Radziecki, spiralę mordów rozkręcono do niewyobrażalnego dotąd stopnia.
"Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej" ani nie rozpoczęło się z dnia na dzień, ani nie było jednoosobowym planem Hitlera. Führer dostarczył ideologicznego konceptu – a jego podwładni na różnych szczeblach szukali pragmatycznych rozwiązań. Najpierw były wysiedlenia do gett. Getta stawały się za ciasne, więc naziści szukali sposobów ich "rozładowania". Potem były masowe egzekucje na Żydach podczas kampanii na wschodzie, ale tego niemieccy żołnierze nie wytrzymywali psychicznie. Trzeba było szukać nowych sposobów mordowania – systematycznie i z dala od frontu.
Jesienią 1941 r. Żydów z łódzkiego getta zabijano już w "gazowych ciężarówkach" w Chełmnie nad Nerem. Rozkręcała się akcja "Reinhard", w ramach której mieli zostać zgładzeni wszyscy Żydzi z Generalnego Gubernatorstwa. Służyć temu miały głównie trzy obozy, które łączyło to, że leżały na granicy GG w pobliżu torów kolejowych. Obóz w Bełżcu uruchomiono w marcu 1942 r.. Kiedy pojawiły się tu pierwsze transporty, zaczęto budowę ośrodka zagłady w Sobiborze. Kiedy z kolei Sobibór zaczął przyjmować pociągi, zaczynała się rozbudowa Treblinki.

Menedżer ludobójstwa
Komendantem obozu w Bełżcu był Christian Wirth, zbrodniarz z doświadczeniem. Jeszcze w Rzeszy odgrywał znaczną rolę w niesławnym programie T4 – czyli zabijaniu osób upośledzonych i niepełnosprawnych. To jego pomysły z tamtego okresu wdrażano potem w obozach zagłady: pozorowanie komór gazowych na łaźnie i zwodzenie ofiar co do ich losu aż do ostatniej chwili. To był sposób na uniknięcie paniki – panika sprawiała, że "taśmy śmierci" trzeba było zatrzymywać.
Wirth szybko się też zorientował, że masowa zbrodnia wcale nie potrzebuje wiele czasu i przestrzeni. W nowych obozach ofiary miały umierać w ciągu kilku godzin od przybycia – "stałych" więźniów miało być więc niewielu, a więc nie trzeba było wielu zabudowań.
Laurence Rees, brytyjski historyk: "Bełżec, Sobibór oraz Treblinka, w przeciwieństwie do Oświęcimia, nie są szeroko znane. Wszystkie trzy można by z dużym zapasem zmieścić na obszarze Auschwitz-Birkenau. Fakt, że tych obozów nie wspomina się razem z Oświęcimiem, zakrawa na ponurą ironię – umysł oczekuje, że epicka tragedia rozegra się w epickim miejscu". Wirth pamiętał o doświadczeniach z egzekucji na wschodzie. Niemców - uczestników procesu zagłady miało być w obozie jak najmniej – góra kilkunastu. Ręce we krwi mieli dosłownie nurzać ukraińscy strażnicy oraz żydowscy więźniowie z "komand specjalnych"; ci ostatni co jakiś czas oczywiście zabijani i zastępowani nowymi.
Wreszcie: sposób zabijania. Z inicjatywy Wirtha w trzech obozach akcji "Reinhard", w tym w Treblince, do mordowania ludzi używano spalin. Do komór gazowych podłączony był silnik od radzieckiego czołgu. Cały proces trwał 20-40 minut. W osobnej części obozu komanda sortowały ubrania i kosztowności pomordowanych. "Taśma śmierci" miała pracować systematycznie, bez zbędnych opóźnień. Jednak w Treblince metoda Wirtha nie od razu zadziałała.

Morderca-podwładny nie dość wydajny
Obóz miał się stać w pierwszej kolejności miejscem zagłady Żydów z warszawskiego getta. Pociągi zapełnione jego mieszkańcami zaczęły wyjeżdżać do Treblinki w lipcu. Komendant obozu Irmfried Eberl chciał zabłysnąć przed zwierzchnikami i uparł się, że zamiast sześciu tysięcy ludzi dziennie Treblinka będzie "przyjmować" dwa razy tyle. Komanda nie nadążały ani z gazowaniem, ani z grzebaniem zwłok – te leżały dosłownie wszędzie, gniły w upale, a odór niósł się kilometrami po okolicy.
Ludzi rozstrzeliwano także w tzw. I obozie, a więc cały element pozoru i podstępu wobec ofiar znikał. Pociągi stały na stacji w parokilometrowym zatorze, a w ich zaplombowanych wagonach ludzie umierali setkami, zanim jeszcze oprawcy zdążyli zagnać ich do komór gazowych. Tylko pomiędzy lipcem a sierpniem 1942 r. zginęło w Treblince ponad 300 tys. ludzi – jedna trzecia wszystkich ofiar obozu.
Co jednak znamienne: przełożeni wcale nie byli z Eberla zadowoleni. "Nagrodą" za te gigantyczne liczby były nie pochwały, lecz niespodziewana wizyta inspekcyjna Wirtha. Ten się wściekł: nie chodziło o to, że Eberl wymordował kilkaset tysięcy ludzi, lecz o to, że proces zagłady pod jego nadzorem był zbyt chaotyczny, po prostu nie dość wydajny! Komendant Treblinki wyleciał ze stanowiska, a Wirth został nadinspektorem wszystkich trzech ośrodków zagłady. Zaczęto sprzątać obóz. Nowy komendant, Franz Stangl, nakazał zachowywać pozory już na "stacji kolejowej". Została ona pomalowana, miała wyglądać jak zwykły niewielki dworzec: kwiaty w doniczkach, znaki kierujące do poczekalni, zegar dworcowy… W głębi obozu zaczęto zaś budować nowe komory gazowe. To było dziesięć pomieszczeń, po pięć po obu stronach długiego korytarza. Mogły pomieścić sześciokrotnie więcej ludzi niż poprzednie. Nad wejściem do budynku umieszczono wielką gwiazdę Dawida.

Z punktu widzenia ofiaryZa stacją Małkinia pociąg skręcał na boczny tor i powoli wjeżdżał w las. Okoliczni chłopi – co przewija się we wspomnieniach – pokazywali uwięzionym w wagonach Żydom gest podcinanego gardła. "Wtedy jeszcze nikt nie zwracał na to uwagi" – mówił jeden z ocalałych. Kiedy lokomotywa wtłoczyła już wagony na stację, ofiary wypędzano z pociągu, a specjalne komanda ustawiały je w dwuszeregu – kobiety po lewej, mężczyzn po prawej. Kazano się rozbierać – "do dezynfekcji". Pojedynczych ludzi wyławiano z tłumu i kazano się na powrót ubierać (ci mieli trafić do pracy). Kiedy kiedy znikał w obozie, inne komando sprzątało rampę z bagaży i zbierało trupy. Wszystko po chwili miało wyglądać tak, jakby nic się tu nie stało – i już czekano na następny transport. Obóz był podzielony – zagłada była pilnie skrywana przed oczami przyjeżdżających. Kobiety rozbierały się w osobnym baraku, ścinano im też włosy. Wszyscy następnie trafiali do korytarza, zamaskowanego gałęziami i drutem kolczastym. To był tzw. szlauch, nazywany też przez oprawców ironicznie "drogą do nieba". To tędy gnano ofiary do drzwi komór gazowych.
Nie gazowano tylko starców i chorych – nie można ich było zmuszać do biegu przez obóz, więc opóźniali cały cykl zagłady. Trafiali zatem do tzw. lazaretu – na rozstrzelanie, pod gołym niebem. Również oni do końca nie wiedzieli, co ich czeka – miejsce oznaczone było czerwonym krzyżem. Tam jeden z esesmanów "leczył każdego pigułką" (to termin z gwary obozowej), czyli po prostu strzelał im w kark.

Krew, ogień i łubin
Setki tysięcy zwłok najpierw miesiącami grzebano – warstwami, w ogromnych dołach. "Długie na jakieś 50 metrów, szerokie na 30 metrów, głębokie na kilka pięter" – opisywał te groby Jechiel Rajchmann, uciekinier z Treblinki. Doły wykopywała olbrzymia bagrownica. Ale ziemia dosłownie nie mogła pomieścić ciał. W późniejszych relacjach zarówno ocalałych, jak i oprawców pojawiało się wstrząsające wspomnienie "falujących grobów". I na to praktyczni Niemcy znaleźli sposób: palenie zwłok. Najpierw w prowizorycznym piecu, ale ten okazuje się nie dość wydajny. Przyjezdny specjalista z SS, nazwany w obozie "Artystą", zaleca użycie tzw. rusztu – czyli szyn kolejowych, opartych na betonowej podstawie. Pogłębiarka wykopuje teraz ciała i wrzuca je do ognia, podsycanego ropą. Ocalały z komanda: "Okazuje się, że ciała wykopane z dołów palą się jeszcze lepiej niż ciała tych, którzy dopiero zostali zagazowani". Wspomnienie Rajchmanna: "Krew dwustu pięćdziesięciu tysięcy ludzi wypłynęła spod ziemi i paliła się przez całą dobę, jakby była materiałem łatwopalnym. Całe dowództwo z radością oglądało gigantyczny ogień". Kilkumiesięczne palenie ciał było tym skuteczniejsze, że pomagało Niemcom w zacieraniu śladów zbrodni. Nie wiedzieli, co zrobić z popiołami – w końcu uznali, że wystarczy je przykryć warstwą piasku i ziemi. Tam, gdzie popioły po kremacji rozsypywano, ogrodnicy siali potem łubin. Jeden z więźniów wspominał: "Pięknie rósł, ziemia okazała się urodzajną". Niespełna rok po tym, jak ruszyła "taśma śmierci" Treblinki, przybywa do obozu ze specjalną wizytą Himmler. Jest zadowolony, że wszystkie ślady zbrodni są zatarte.

Zagłada co do jednego
W istocie śladów po obozie do dziś pozostało niewiele. Tak jak po wszystkich ośrodkach morderczej akcji "Reinhard". Laurence Rees pisał: "To właśnie te obozy hitlerowcy chcieli wymazać z kart historii i dołożyli wszelkich starań, by jakikolwiek fizyczny ślad po nich zaginął". W latach 70. i 80. odwiedzał te miejsca Claude Lanzmann, który miał wkrótce nakręcić monumentalny film "Shoah". "Jak pokazać «nie-istniejące miejsca pamięci»? Jak pokazać, że nie ma śladu po tym, że zginęło tam kilkaset tysięcy ludzi?" – komentował po latach. Skąd wiemy, ile ludzi zginęło w Treblince? Brytyjczycy przechwycili i rozkodowali telegram, w którym Niemcy podsumowywali akcję "Reinhard" do końca 1942 r. W skrupulatnym bilansie nie ma miejsca na "około" ani "mniej więcej" – spośród 1 274 166 zamordowanych do tego czasu Żydów, przypadło na Treblinkę 713 555 istnień. Trzeba do tej liczby dodać wszystkie późniejsze ofiary obozu – w sumie było ich ok. 900 tys. W Auschwitz-Birkenau – który to obóz do dziś jest symbolem Holocaustu – zginęło ok. 1,1 mln. Jankiel Wiernik, cieśla z Treblinki, pisał: "My wiemy, co ziemia pochłonęła, jesteśmy tego jedynymi świadkami". Po latach miał wystąpić na procesie Eichmanna z własnoręcznie sporządzoną makietą obozu zagłady. Została ona włączona do materiału dowodowego.

1 komentarz:

  1. 900 tysięcy ludzi...Boże! I to na tej pięknej ziemi...Wiem to od dawna, ale myśleć o tym trudno. Kiedy to sobie uświadomić, to człowiek może załamać się psychicznie. Można zwątpić w człowieczeństwo.....
    Wyobraźcie sobie kolejkę- co metr jeden człowiek. To daje 900 km.Jak stąd do...? do Berlina z Małkini jest 700 km, czyli jeszcze 200 za Berlin.
    Jakbyś z każdym porozmawiał tylko minutę, to zajęłoby to prawie dwa lata bez przerwy. :(((

    OdpowiedzUsuń